O autorze
Wrocławianka. Absolwentka iberystyki i amerykanistyki na UW. Autorka książek: "Lubię być Polakiem", "Moja Europa da się lubić", "Polki na bursztynowym szlaku" i "Pożegnanie z Anglią" (jesień 2012). Była redaktor naczelna miesięcznika "Zwierciadło" (2006-2008). Prowadzi z Romanem Czejarkiem program "Raz lepiej raz gorzej" w telewizji TTV. Mama Tomka (11 lat) i Zosi (8 lat).

Uwaga - tekst antypolski

Pojechałam do Stanów z założeniem, że ludzie na całym świecie mają podobne problemy i należy skupić się na sobie, oraz dać sobie już spokój z tym nerwem dziennikarskim, przez który mam w życiu same problemy.

Udało się częściowo, to znaczy przetrwałam trzy dni doniesień o romansie generała Petraeusa (który musiał nieoczekiwanie zakończyć karierę szefa CIA, gdy historia jego pozamałżeńskiego związku z własną biografką wypłynęła na światło dzienne) i nawet nie drgnęła mi powieka. Byłam twarda, chociaż niemal natychmiast pojawiły się pierwsze teorie spisku (a na nie jestem łasa, jak pies na słoninę), że oto nie chodziło wcale o aferę z Paulą Broadwell, tylko o uniknięcie przesłuchań w Kongresie w związku z niedawnymi zamieszkami w Benghazi. We wrześniu, podczas zawodowo zaplanowanego ataku na amerykański konsulat i w trakcie późniejszych prób ewakuacji personelu zginęło czterech obywateli USA, w tym ambasador, wydarzenie tragiczne i rzadkie w amerykańskiej historii, bo Amerykanie dbają o bezpieczeństwo swoich placówek dyplomatycznych prawie najlepiej na świecie (no wiadomo, kto wygrywa...). Stąd teoria o próbie uniknięcia odpowiedzialności, w wyniku której (próby, nie teorii) wszystko, jak od zarania świata, skrupiło się na kobiecie. Inna rzecz, że sprawa wypłynęła głównie przez maile od Pauli Broadwell zawierające groźby pod adresem wspólnej koleżanki “PR-ówki” i to już po zakończeniu romansu Broadwell z panem generałem. Można by więc do tego dodać sytuację “kobiecych utarczek” i naprawdę zrobiło się smakowicie. Niemniej trzymałam się od całej sprawy z dala i nawet nie przyłożyłam się do prasówki. Moje mocne postanowienie trzymania nóg w wodzie i z daleka od piekła “bieżączki” nie zachwiało się nawet wtedy, gdy pojawiły się doniesienia o zatrzymaniu córki Johna Bon Jovi, która została cudem odratowana po przedawkowaniu heroiny, którą podał jej (nie po raz pierwszy) życzliwy kolega (też zapuszkowany). Tatuś nie komentował i to było najgorętszym tematem w mediach: coś powie? Co powie, jak powie, odetnie się, wesprze, obrazi, bluzgnie? I tak dalej.



A jednak pękłam. I to w najmniej spodziewanym momencie. Zobaczyłam Nowy Jork i New Jersey po przejściu huraganu Sandy i poczułam, że Amerykanie mają to coś, co sprawia, że są na innym, wyższym etapie rozwoju cywilizacyjnego. Wszystkie kanały komunikacyjne, które łączą Manhattan z resztą kontynentu, już działają. Ośrodki integracyjne, domy kultury, w których naprędce stworzono przytuliska dla ludzi pozbawionych dachu nad głową, powoli wracają do swojej zasadniczej działalności. Prezydenta wybrano. Ubezpieczenia zostały wypłacone, nieubezpieczonych, w miarę możliwości, wspomożono. Jeśli są niezadowoleni, to nie spotka się ich na Times Square z transparentami. Gdzieniegdzie wciąż nie ma prądu, ale działają już awaryjne generatory i pomoc sąsiedzka. Klęska żywiołowa zmiotła z powierzchni ziemi ulubione plaże mieszkańców New Jersey, a właściwie pokryła je dodatkową, grubą warstwą mułu i piachu, ale to nie szkodzi. Posprząta się wiosną. Nikt nie próbuje rozliczać polityków, nie szuka krwi na rękach, ani trotylu w stacjach meterologicznych. Dziwne. Zrobiłam parę wywiadów i coś chyba zrozumiałam, chociaż nie wiem, czy warto się tym dzielić w kontekście kampanii tropiącej “antypolskość” w mediach.

Pech chciał, że ktoś mi bliski wymagał interwencji medycznej w piątkowe popołudnie. Miałam ciekawą okazję spędzić je w korkach, w centrum Nowego Jorku. Wieźli nas Polacy, pierwsze i drugie pokolenie emigrantów. Wyprawa z lotniska do hotelu, via lekarz, trwała siedem godzin. Było wesoło, mimo abstynecji. Przez okno na światłach zamówiliśmy kebaby z sosem. Piliśmy Coca-colę. Nikt nie rzucał mięsem na kierowców, nikt nie dziwił się, że jedziemy wolno. “That’s life” - śmiali się nasi przewodnicy, można się burzyć, tylko po co, i tak robimy w zawałowej branży. Zrozumiałam dlaczego amerykańska polonia, ta z czasów stanu wojennego, chociaż świadoma demokratycznych zmian w starym kraju, nie pędzi z powrotem do ojczyzny. W USA trochę inaczej rozumie się słowo “solidarność”. I tak, oni mają prawo do tego słowa i do tej idei. Może kiedyś coś im pokazaliśmy, ale od czasu, gdy Lech Wałęsa stał się dla opinii publicznej TW Bolkiem, a polscy inteligenci “wykształciuchami”, możemy się znów tylko uczyć. I dobrze byłoby skorzystać z tej lekcji.

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?

  • ZOBACZ TAKŻE:
  • USA
Trwa ładowanie komentarzy...