O autorze
Wrocławianka. Absolwentka iberystyki i amerykanistyki na UW. Autorka książek: "Lubię być Polakiem", "Moja Europa da się lubić", "Polki na bursztynowym szlaku" i "Pożegnanie z Anglią" (jesień 2012). Była redaktor naczelna miesięcznika "Zwierciadło" (2006-2008). Prowadzi z Romanem Czejarkiem program "Raz lepiej raz gorzej" w telewizji TTV. Mama Tomka (11 lat) i Zosi (8 lat).

Wesoła sałata

Dyskusja o kondycji telewizji, a właściwie teza o spsieniu tejże przetoczyła się już przez polskie media, mogę więc na nieco niższym poziomie emocji wysnuć refleksję tyleż smutną, co w swej istocie pragmatyczną.

- „Żyjemy w czasach ostatecznych, koniec świata zbliża się nieuchronnie ((...), rozumiany jako) koniec ludzkości, która umie czytać, słuchać i oglądać ze zrozumieniem” - pisze Krzysiek Varga we wstępie do książki „Polska Mistrzem Polski”. Ta książka to zbiór felietonów o kulturze, które Varga opublikował najpierw w "Gazecie Wyborczej" i jak zwykle w przypadkach tekstów zebranych, poczuł potrzebę uogólnienia.



Narzuca się tutaj jednak obserwacja: każdy ma taki koniec świata, na jaki go stać. Chodzi mi po głowie fragment „Piosenki” Miłosza przepięknie wyśpiewany przez Agę Zaryan: „Innego końca świata nie będzie”. To przykre oczywiście, że po latach rozwoju cywilizacyjnego, elementem naszej codzienności, który na naszych oczach zwija się i występuje coraz rzadziej, w oderwanych od siebie, chaotycznych, wątpliwych jakościowo przejawach, jest właśnie kultura.

Kultura jest jednak tworem ludzkim, sferą życia, która w historii zawsze podupadała, gdy cała nasza energia musiała się koncentrować na zaspakajaniu potrzeb niższego rzędu, czyli na życiu samym, zarabianiu, wychowywaniu dzieci i utarczkach z panią z urzędu. Tu nam się w ostatnich dwóch dziesięcioleciach poprawiło, maluch i meblościanka przestały nam wystarczać, więc też czasu na codziennym użeraniu trawimy więcej, a uczestnictwo w kulturze spada na niższe pozycje w życiowych priorytetach.

Telewizja nigdy nie stanie się awangardą kultury, to tak jakby żądać, żeby Kościół katolicki stał się odpowiedzialny za edukację muzyczną Polaków, bo przecież w kościele się śpiewa. Telewizja jest medium odtwórczym, w dodatku reagującym na zmiany społeczne ze sporym opóźnieniem. Jest także, i mówię to z całą odpowiedzialnością dziennikarki telewizyjnej z siedemnastoletnim stażem, medium banalnym. Spłaszczanie wszystkiego, o czym mowa, jest cechą wpisaną w telewizyjny genotyp, podobnie jak płaski obraz (bez głębi ostrości) i równie płaski dźwięk.

Tak jak telewizja 3D to na świecie prawie sukces, który oscyluje w kierunku spektakularnej klapy, tak jak jęki kolejnych pokoleń muzyków i inżynierów dźwięku, którzy słuchają swoich dzieł w telewizji w formie studziennego buczenia, pozostają bez odzewu, tak jakość intelektualna programów telewizyjnych będzie zawsze sprowadzona do najniższego wspólnego mianownika.

Telewizja nie edukuje, to zasada ogólna. W programach telewizyjnych przemycać można wiedzę, ale zawsze trzeba okrasić ją “wesołą sałatą” (Tu odsyłam czytelnika do rozdziału książki pt. “Jeszcze dzisiaj nie usiadłam” (Wydawnictwo Czarne), w którym wraz z Agnieszką Drotkiewicz objaśniamy ten termin). “Wesoła sałata” w “Turnieju miast” i w “Studiu 2” przybierała zapewne formy bardziej przyswajalne dla polskiego inteligenta, niż w “Dzień dobry TVN”, albo w “You Can Dance”, ale to wciąż te same fajerwerki, te same pióra w ogonach, dzięki którym przekaz telewizyjny jest taki, jaki ma być: lekki, łatwy i przyjemny.

W programie “Europa da się lubić” reżyserowi zależało na jednym: moje pytania i odpowiedzi moich gości miały być proste, krótkie i jednoznaczne. Mniej istotne było, że temat (ślub, kierowcy na drogach, praca, wychowanie dzieci) był wałkowany po raz n-ty. Nikt nie zwracał uwagi na coraz bardziej nieznośne wrażenie wszystkich biorących udział w tym programie, że nie wnosimy nic nowego do dyskusji o obcokrajowcach w Polsce. Miało być lekko i miało się dziać: konie, słonie, psy, dzieci i motory. Piosenki, scenki kabaretowe i.... zabaaawa.

A przecież program był naprawdę niezły. Udało się przez te kilka lat powiedzieć parę ważnych rzeczy, oswoić Polakom Europę i jej mieszkańców. Czy był misyjny? Był oglądany, a to jest pierwsze i najważniejsze kryterium sukcesu każdego telewizyjnego show.

Kilka lat później robiłyśmy z Joaśką Makowską magazyn kulturalny “Wstęp wolny”. Moimi gośćmi byli: Janusz Gajos, Anna Polony, Mariusz Treliński, Kazimierz Kutz. Serce bolało mnie, gdy widziałam pocięte na montażu rozmowy. Żadna z nich na antenie nie trwała więcej niż 6-7 minut. Ale ufałam mojej reżyserce, która spędziła wiele lat swojego życia “robiąc w kulturze” i wiedziała, że w telewizji można sprzedać tylko to, co krótkie i dobre, a nie to, co tylko dobre.

Niedawno patrzyłam z zachwytem na koncert, który inaugurował polską prezydencję w Unii Europejskiej, dzisiaj oglądam z zapartym tchem kolejne odcinki świetnego polskiego serialu sensacyjnego “Paradoks”. Ale przecież wiem, że to jest łabędzi śpiew takiej telewizji i ostatnie takie realizacje za mojego zawodowego życia.

Żegnaj “Pegazie”, żegnaj Teatrze Telewizji. Witaj “Ukryta prawdo”, witajcie “Pamiątki z wakacji”. Tu nie chodzi o kryzys, w każdym razie nie o kryzys finansowy. Może najwyżej o kryzys percepcji, o permanentny brak chęci uczynienia wysiłku intelektualnego przy oglądaniu telewizji. Można się obrazić na rzeczywistość, wyrzucić telewizor, pisać listy do Krajowej Rady. Albo powoli robić swoje, choć dla dziennikarza może to mieć znamiona dywersji na tyłach wroga. Z najgłupszej rozmowy, z najbanalniejszego medialnego wydarzenia, z najprostszego serialu można wysupłać jakąś prawdę o nas samych. Może warto.

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?

Trwa ładowanie komentarzy...