O autorze
Wrocławianka. Absolwentka iberystyki i amerykanistyki na UW. Autorka książek: "Lubię być Polakiem", "Moja Europa da się lubić", "Polki na bursztynowym szlaku" i "Pożegnanie z Anglią" (jesień 2012). Była redaktor naczelna miesięcznika "Zwierciadło" (2006-2008). Prowadzi z Romanem Czejarkiem program "Raz lepiej raz gorzej" w telewizji TTV. Mama Tomka (11 lat) i Zosi (8 lat).

Notatki z oblężonej twierdzy

Ciekawa dyskusja o feminizmie w natemat.pl. Pomyślałam, że wezmę w niej udział, bo w „Tomasz Lis na żywo“ było mi trochę trudno dojść do głosu. Nie mam sześciorga dzieci, fakt. Poza tym jestem rozwiedziona, więc można śmiało powiedzieć, że nie wspieram rodziny. Bardzo się bałam, że w programie Tomek może spytać: czy jesteś feministką, bo to pytanie równie naładowane emocjonalnie, co: czy jesteś z pochodzenia Żydówką, albo: czy miałaś w rodzinie pedofila?

Do pytania nie doszło, bo do niczego nie doszło, a ja po raz kolejny zadałam sobie pytanie: dlaczego najgorszym wrogiem kobiety jest druga kobieta? Dlaczego ruchy kobiece, tak aktywne i ważne, również w polskim życiu publicznym, trwonią czas i energię na kłótnie z magla, a najważniejszym wnioskiem z kobiecej dyskusji bywa, że jedna pani nie lubi innej pani, albo wręcz uważa ją za idiotkę? Czy nie jest nam, kobietom trochę wstyd, że najbardziej zacietrzewiamy się słuchając przeciwnych argumentów z ust drugiej kobiety i o ile łatwo nam wejść w dyskusję z mężczyzną, o tyle spotkanie z kobietą o choćby odrobinę innych poglądach najczęściej kończy się zwykłą jatką.



Dyskusji o kobiecej solidarności rozpoczynać nie chcę, bo w nią nie wierzę. Ani w solidarność, ani w dyskusję. Dogadywać się mogą panowie, my najwyżej możemy wziąć się za włosy, albo podrapać. Może to genetyka? Walczymy o samca, o przewodnictwo w stadzie, o środki na dzieci, dom. Czy to tłumaczy brak kultury rozmowy, nadmierną emocjonalność, infantylizm w prezentowaniu własnego stanowiska? Pewnie w części, choć przecież mężczyźni walczą o to samo, ale rozmawiać umieją z większą gracją. A mnie poziom dyskusji nie przestaje żenować za każdym razem, gdy spotykam się w kobiecym gronie. No chyba, że układ jest taki, że jemy sobie z dziubków, wtedy jest w porządku, bo zawsze można się sprzysiąc przeciwko jakiejś innej zołzie, prawda?

Kongres Kobiet to nie jest inicjatywa, która usatysfakcjonuje, przekona i pomoże wszystkim Polkom. W niedawnym, IV-tym Kongresie nawet nie wzięłam udziału, bo trzeba było ustąpić miejsca lepiej pasującej wizerunkowo, nowej prowadzącej. Zostałam też stosownie ukarana za pisanie bloga bez błogosławieństwa Sióstr. Czy to znaczy, że będę teraz potępiać ten pomysł, a założycielki odżegnywać od czci i wiary? Przeciwnie, zakładam że jako prowadząca po prostu się nie sprawdziłam, a moje własne, urażone poczucie dumy, nie ma tu żadnego znaczenia. Co roku przyjeżdża do Warszawy wieleset kobiet z najdalszych zakątków Polski. Są zupełnie znikąd, z małych, zaniedbanych wsi, z miasteczek o szalejącym bezrobociu. Mają mężów, którzy ledwo radzą sobie z rzeczywistością, albo nie radzą sobie wcale i dawno już dali nogę.

Kobiety, jak zawsze, pozostały na posterunku, zakasały rękawy i stwierdziły, że trzeba zająć się życiem codziennym i dać sobie spokój z wielką filozofią. Ale czasem, niektórym z nich zdarzyło się odezwać publicznie w sprawie dotyczącej wszystkich. Wyśmiano je, albo wysłuchano. I niektóre z nich, wbrew wszystkim, uwierzyły w siebie i swoje prawo do samostanowienia. Niektóre założyły swój mały, rodzinny biznes. Niektóre zostały wybrane sołtyską, burmistrzynią, albo pracują w ośrodku opiekuńczym, założyły rodzinny dom dziecka. Uczą się być aktywne, chociaż rzadko robią „karierę“, zarabiają poważne pieniądze. Kongres Kobiet dał im szansę na spotkanie bez zobowiązań. Przyjeżdżają do Pałacu Kultury nie dlatego, żeby wygrać coś dla siebie, albo przynajmniej nie tylko dlatego. Chcą posłuchać innych kobiet, nauczyć się jak nie popełniać błędu, który może kosztować je wiele lat pracy. Są anonimowe, nawet jeśli ich nazwisko zostanie podane na forum. Takich jak one, jest w czasie tych dwóch dni mnóstwo i każda ma prawo czuć się gościem honorowym. To dla nich jest Kongres Kobiet. Nie dla pań prezesek, pań posłanek i pań prezydentowych. Nie dla telewizyjnych celebrytek. Będę bronić tego pospolitego, kobiecego ruszenia dopóki mi starczy sił. Nawet za cenę otrzymania jeszcze jednej łatki: feministki.

Od dzisiaj (od środy, 19.09.2012) jest na rynku moja czwarta książka, „Pożegnanie z Anglią“. Pewnie jeszcze o niej wspomnę na tym blogu, bo dużo się wydarzyło odkąd postanowiłam ją napisać z pomocą nieocenionej Małgosi Pietkiewicz (nie, nie jest moją kuzynką, ani żadną inną krewną). Sporo jest w tej książce o kobietach z Wysp: Angielkach, Szkotkach i zasymilowanych imigrantkach. Angielskie kobiety są jeszcze słabsze od Polek, wzrastają w przekonaniu, że są brzydkie i głupie, i jeśli szybko nie znajdą faceta, który je zdefiniuje, umiejscowi na drabinie społecznej i nada sens ich życiu, to przepadły. Zawsze fascynowały mnie różnice kulturowe w naszym, wydawałoby się zglobalizowanym i zunifikowanym świecie. Już w pierwszej mojej książce, „Lubię być Polakiem“ kilkakrotnie doznałam szoku kulturowego, rozmawiając o pozycji kobiety w Meksyku, USA, Hiszpanii, Francji. Dzieli nas tak niewiele, a jednak cała wieczność, historia kultury, wpływ religii na nasze życie, nasz status majątkowy, społeczny. Czy warto dowiadywać się, że inne mają gorzej, że nasze problemy są niczym w porównaniu z kłopotami kompletnie zdezorganizowanych Angielek, czy Hiszpanek? Trochę warto. Tak, jak warto przyjechać na Kongres Kobiet i posłuchać kobiet z Olecka, z Podhala i z Nowej Soli. Nie kłócić się z nimi. Posłuchać. A potem robić swoje, tak jak uczyły nas nasze mamy.

Już w najbliższy piątek o godz. 20 Monika Richardson będzie gościem programu Moniki Jaruzelskiej "Bez Maski". Premiera programu na monikajaruzelska.natemat.pl/
Trwa ładowanie komentarzy...