O autorze
Wrocławianka. Absolwentka iberystyki i amerykanistyki na UW. Autorka książek: "Lubię być Polakiem", "Moja Europa da się lubić", "Polki na bursztynowym szlaku" i "Pożegnanie z Anglią" (jesień 2012). Była redaktor naczelna miesięcznika "Zwierciadło" (2006-2008). Prowadzi z Romanem Czejarkiem program "Raz lepiej raz gorzej" w telewizji TTV. Mama Tomka (11 lat) i Zosi (8 lat).

Prawda, cała prawda i...

Coraz trudniej być chłopcem do bicia dla wspaniałych polskich mediów. Nigdy nie byłam ulubienicą tabloidów. Pamiętam moje wejście w piękny świat celebrytów: był 2008 rok. “Europa da się lubić” miała się powoli ku końcowi i przedłużanie jej o każdy następny sezon wiązało się z coraz większymi kosztami (emocjonalnymi, pieniędzy wtedy nikt w TVP nie liczył). Przyjęłam propozycję wzięcia udziału w “Tańcu z gwiazdami”. Na początku moich zmagań udzieliłam wywiadu tabloidowi mówiąc, że to szansa dla kobiety przed czterdziestką i z dwójką dzieci, żeby pokazać, że całkiem jeszcze jestem dziarska, że wyglądam oraz ruszam się do rytmu.

Po paru dniach przeczytałam wywiad pod tytułem: “Nie jestem starym próchnem”. Potem zaczęto jeździć za mną i za Krzyśkiem Hulbojem, z którym tańczyłam. Po miesiącu dojrzały był już “skandal” z naszym domniemanym romansem. Po dwóch miałam jakoby galopujący kryzys w małżeństwie. Potem okazałam się zarozumiałą lalą, bo powiedziałam, że jestem w tym programie, żeby wygrać. Następnie okazało się, że jestem łamagą i dnem, bo jednak nie wygrałam. Niedługo potem dowiedziałam się, że się skończyłam. To wtedy poczułam, że nic, co powiem, żadne dementi, żadne tłumaczenie, żadna racjonalna obrona mojej pozycji, nie zmieni linii redakcyjnej wymyślonej przez jednego czy drugiego naczelnego psychopatę, który przyjął “ostry kurs wobec tych pieprzonych gwiazd”. Stałam się “ryjem” z całym dobrodziejstwem skromnego inwentarza.



Dlatego moje ostatnie radykalne zmiany życiowe musiały wiązać się z ogromnymi kosztami. Może bardziej niż wszyscy, powinnam była to wiedzieć. Przyznaję, że nie doceniłam tej niszczącej siły, która wdarła się w moje życie i pozbawiła resztek prywatności, zaszczuła rodzinę mojego partnera i moją, naraziła na bezinteresowne ataki nienawiści od bliżej nieznanych mi osób. Nie wiem kiedy stałam się “złodziejką mężów”, “wywłoką próbującą budować swoje szczęście na nieszczęściu innych”, kobietą nieczułą na cierpienie drugiej kobiety, słowem potworem. Dowiedziałam się, między innymi, że mój mąż “już dawno ode mnie uciekł”. Okazało się też, że mój partner, jako prawdziwy mężczyzna, jest całkowicie ubezwłasnowolniony. To ja: hetera, zołza, sekutnica, wyrwałam go potajemnie jego niczego nie przeczuwającej, “drżącej jak trzcina na wietrze”, pozbawionej siły i głosu, byłej żonie i przytaszczyłam go do swojej luksusowej willi, gdzie zamknęłam go w złotej klatce i uczyniłam pantoflarzem. A teraz mam cierpieć, bo tylko na to sobie zasłużyłam. Fajna bajka? Nie, niefajna, bo suto ilustrowana zdjęciami naszych rodzin, nieletnich dzieci, sytuacjami, które nie były przenaczone dla obiektywów aparatów.

Ja rozumiem, że rzeczywistość Prawdziwych Polaków jest być może właśnie taka: konserwatywna i pięknie obłudna. Ale proszę po raz ostatni, drodzy redaktorzy portali internetowych i brukowców, nie wycierajcie sobie gęby moim życiem, czy też jego wersją. Nie macie pojęcia, jak ono wygląda i nigdy się nie dowiecie. Te wszystkie brednie, które publikujecie robią krzywdę dzieciom, a tego darować nie mogę. Spróbujcie przyjrzeć się własnym wyborom, to naprawdę może być ostatnia chwila. A w swoim życiu zawodowym postarajcie się zrobić coś pożytecznego, coś czego nie będzie motywować nienawiść, kompleksy, ani życiowe niespełnienie. Spróbujcie. To piękne uczucie.
Trwa ładowanie komentarzy...