Na śmierć i życie

Miłość. Tym razem w reżyserii Michaela Hanekego. Historia o tym, jak się rozstać, gdy samemu już się nie potrafi żyć. To jeden z tych filmów, które oglądam i wiem, że tak musi być, że to jest jedyny sposób, ale i tak wierzę, jak naiwne dziecko, że starość i śmierć mnie nie dotyczy.

Tak jak wtedy, gdy budzę się i na sekundę przed tym, gdy otworzę oczy, wyobrażam sobie, że świat jest inny niż jest, że wszyscy ci moi bliscy, którzy odeszli, nadal żyją, a ja bezbłędnie poruszam się po labiryncie życiowych wyborów. Gdy “Miłość” się skończyła na tym najwspanialszym z polskich festiwali filmowych, wrocławska i przyjezdna widownia miała łzy w oczach. Czy czuli, tak jak ja, że właśnie obejrzeli jeden z najważniejszych filmów w swoim życiu?



Moim zdaniem trudność nie polega na tym, żeby zrozumieć, że wszyscy umrzemy, tylko na tym, żeby się na to zgodzić całkowicie i bez zastrzeżeń. Haneke idzie dalej i zadaje pytanie, czy w ekstremalnych sytuacjach powinniśmy pomóc odejść ukochanej osobie. Może to jest obowiązek miłości i naturalna konsekwencja akceptacji procesu odchodzenia?

A teraz o dziwnym wydarzeniu. Jestem na Dolnym Śląsku, na krótkim urlopie, przed drugą częścią filmowej uczty Nowych Horyzontów i dzisiaj zahaczyłam o Czermną w Kudowie Zdrój, a w niej, o Kaplicę Czaszek. Byłam tam już kiedyś, jako mała dziewczyna, ale dzisiaj przez chwilę skupiłam się na tym, co opowiadała siostra zakonna, która nas oprowadzała.

Otóż w 1776 roku ksiądz Tomaszek, z pochodzenia Czech, powziął ideę stworzenia tego makabrycznego memento mori na terenie swojej parafii, a następnie, przez osiem lat, preparował, gotował w ługu i umieszczał na ścianach kaplicy czaszki i piszczele 20.000 - 30.000 osób, w tym głównie dzieci, które zginęły w wojnach śląskich i epidemii cholery w XVII i XVIII wieku. Czynił to z pomocą grabarza, niejakiego Langera, którego wypreparowana czaszka spoczywa teraz dumnie na ołtarzu kaplicy.

Siostra po tym wykładzie długo jeszcze tłumaczyła z dumą, że ludzie zmieniają swoje życie po odwiedzeniu tego miejsca. Ja myślę. Jeśli któreś z dzieci, a przyszły akurat do tej kaplicy bardzo licznie, jeszcze nie wierzyło, że umrze, to teraz już nie ma żadnych złudzeń.

Śmierć jest fascynująca, może bardziej niż cokolwiek w życiu. Ale to nie znaczy, że chciałabym być księdzem Tomaszkiem. Nie wiem też, czy umiałabym zachować się tak, jak bohater filmu “Miłość”. Wierzę za to, że śmierć może wydać się mniej niesprawiedliwa, gdy u boku jest ukochana osoba.

I jeszcze jeden dziwny zbieg okoliczności. Jest taka piosenka z lat 80., którą dzisiaj usłyszałam w wykonaniu Hanne Boel. Nazywa się “Mad World” i zawiera słynną frazę: “I find it kind of funny and I find it kind of sad that the dreams in which I’m dying are the best I’ve ever had”. Słyszałam tę piosenkę wiele razy, ale dzisiaj zabrzmiała inaczej.
Trwa ładowanie komentarzy...